"Wódz"Spoglądam na splątany wichrem step. Kalim i Dżawar pasą się spokojnie, starzy moi druhowie. Wiatr targa płomienie ogniska budząc duchy śpiące w zakamarkach pamięci. Powoli nadchodzi zmrok – zmrok nad światem, zmrok dla moich oczu. Kuzyn Kilwar, jedyny który pamiętał tamten pierwszy czas, tamte płowe stepy, odjechał dziś w podróż ku Przestrzeniom Srebrnych Kopyt. Do końca patrzył mi w twarz, jakby chciał wyczytać koniec tej opowieści, jakby sprawdzał czy potrafię oddać wiernie tamte czasy, gdy byliśmy młodzi a granice naszych dróg mierzyliśmy dniami podróży. Obiecałem ci to opisać młoda Strażniczko Pieśni i prośbę swą spełnię tak, jak potrafię najlepiej. Zawsze powtarzałem, że jestem tylko prostym Kszatrija Równin, nie Braminem, któremu powinno się oddawać cześć za trzymanie w cuglach pamięci Stada Katakari. Jak każdy Jeździec opiszę prosto i być może jasno to, co widziałem, a jak stary człowiek, którym się stałem, pogodzę się z tym, co w tej opowieści bolesne. Gdy bowiem opada pył traktu poderwany kopytami i można wreszcie zasiąść do ognia przed teydin przychodzi czas na opowieść. W końcu każdy trakt gdzieś ma swój kres. Można wtedy rzec ze spokojem: czyste niebo... Konie się pasą... Piękny to kraj dla nomada!
Przybyliśmy na te pastwiska wiedzeni promieniami letniego słońca. Kraina była przepiękna: białe kły skał wyrastały spośród lasów otaczających żyzne pastwiska. Było tu cicho i spokojnie, a koni nie płoszył żaden zgiełk, ni twierdz kamiennych, ni rzemieślniczych, miejskich warsztatów. Przybyliśmy wiedzeni tropem smutku i radości, które w swojej łaskawości ofiarował nam Praojciec zaklęte w święty kamień – Łzę. Przybyliśmy traktem dzikim, ale już przysposobionym dla tych, co ziemie depczą, miast jej dotykać.
Obozem stanęliśmy dnia osiemnastego naszej wędrówki nieopodal rozpoczętej właśnie budowy strażnicy warownej. Widomy był to dla mnie i Stada sygnał, że Cesarstwo już ziemie te w posiadanie obejmuje. A musisz wiedzieć, moje źrebię, że grodów kamiennych nie cierpię ja tak, jak nie lubię twojej ciotki Milthy, hi hi hi hi. Ta zaś strażnica wydała mi się dziwna - niby nowa, a jednak czuliśmy, że stanęła w miejscu, gdzie tkwiła już jakaś zadra z przeszłości, co mówił wiatr Lokharowi, naszemu Widzącemu. Powiadam ci, zabawny był z niego kompan. Wyłupił sobie oczy, żeby lepiej widzieć wśród cieni, uważasz? Każde dakoickie dziecko wie, że plama wzroku niczym jest wobec czucia. Ale ten się uparł i wyłupił sobie oczy. Doskonały był z niego druh, oj doskonały. A jakie przezabawne historie opowiadał, a jakie sny miał! Ileż to razy z opresji mnie wyratował, mnie i całe nasze stado! Ale i o nim będzie w dzisiejszej opowieści, boć on wtedy przy nas był i choć niewidomy wszystko zobaczył, hi hi hi hi.
A podaj ten bukłak staremu ślepcowi... W gardle sucho, a opowieść długa...
Obóz stanął z rana, jak się patrzy, pod samotną skałą, w świetle wschodzącego słońca. Niedalekośmy byli od murów nowobudowanej strażnicy, więc gwardziści tam stacjonujący ciekawie na nas poglądali. Jak każe Hajagriva wszyscy mieliśmy twarze osłonięte Gewaf, żeby obcy nie mogli spoglądać nam w dusze. Teraz, gdy wy, młodzi, w pogardzie macie Zwyczaj i nie pamiętacie już, że najważniejszy ten, kto ze stada, co krok trzeba opisywać dawne codzienne czynności. Tak, nie mylisz się, moje źrebiątko. Był czas, że wszyscy Dakoici przy obcych osłaniali twarze. Może i było nam z tym czasem trudno, bo upał potrafił dokuczać niemiłosiernie, a i zjeść czy pić przy obcych specjalnie się nie dało. Teraz wiesz już, dlaczego niektórzy Atani pogardliwie zwali nas pulsit – „wiecznie głodnymi”. Wiem jedno – wiecznie głodny byłem zawsze ich krwi. Krwi elfów i bękartów, których spłodzili!
Pierwszy z tamtych dni był ciepły i idealny na świąteczny jarmark. Za nami ciągnęły bowiem zastępy osadników, płowowłosych Wajsija szukających nowych miejsc pod siew i plon, Sindra niosących mistrzostwo swych rąk, Kszatrija szukających chwały w pogranicznym boju i światłych Braminów, którzy mieli zaprowadzić ład praw i tradycji Raashtram. Nim się spostrzegliśmy zastępy podróżników zburzyły spokój naszych koni do tego stopnia, że trzeba było wyznaczyć straże, by nikt obcy nie podchodził ku pastwiskom czy obozowisku. Pamiętam jak dziś ten zgiełk. Pamiętam oczy naszych kuzynów strzegących traktu, namiotów i świętych wierzchowców. Niestety, wy młodzi nie potraficie już tak spoglądać... Tymczasem zbliżało się południe i kobiety nasze jęły sposobić paszę, a i mężowie dość już mieli obozowej pracy oraz przygotowań do zabaw jarmarcznych. Spyżę rozdano, wyznaczyłem straże, wysłałem trzydziestu jezdnych zwiadu w górę traktu, by kraj zbadali i koniom święty obowiązek dziennej galopady dali. Pozostali zaś Kuzyni i Kuzynki w stroje zdobne odziani ruszyli na jarmark, po uprzednim moim pozwoleniu.
Czemu musieli o pozwolenie pytać? To ci nie wspomniałem? Wtedy Dakoici z Klanu Katakari mieli wodza. Zwał się Kogh, syn Satidewy.
Tak głupiutka. Był czas, że byłem wodzem klanu. Był taki czas.
Jejku, czy musisz mnie tak tarmosić? Taka mała, a jaka silna, he he he... Że przysnąłem? W trakcie opowieści?
O, a o czym to ja?
A jarmark. Tak.
A więc poszliśmy na jarmark. Kolorowo tu było i głośno. Jakaś trupa bardek nader urodziwych pieśni dla wesela tłumu gotowała, gdzieś przy kuźni inne zaś niewiasty niepewnego statusu, ale za to o pewnych atrybutach, wybrańcom, co trzos mieli spory zaproszenia do ich domeny sprzedawały. A jak się jaki uśmiechnął, to ponoć i darmo mógł taki liścik dostać. Od nas im jeno pogarda, bo choć niewiasty urodziwe to przeciw naszym prawom żyją. Pamiętaj wiec, źrebiątko moje: może i Gewaf na twarzy to stare przyzwyczajenia, ale takich dam, co nie tylko tę część odzienia przed obcymi zrzucają i takich miejsc, gdzie one się gnieżdżą strzeż się, bo to jedno prawo dla kobiety wciąż u nas żyje – prawo śmierci dla nierządnicy.
Przechadzałem się tedy po jarmarku, sam, bo Kuzynka moja, Dristi, zaniemogła i choć w asyście Braminek siedziała, wciąż syczała, pianę z ust toczyła, a czasem to i na nogach własnych stać nie mogła. Wiedzące nasze uradziły, by Kuzynkę na jarmark brać, to może się jej od tego koloru i śpiewu w głowie nawróci. Uczone gadanie, powiadam ci, niewiele jest warte. Elfi urok, ot co. I żaden zaśpiew, żadna cudna tkanina czy zamorski napitek rozumu kuzynce nie przywróci. Nic nie chciałem gadać, bo chociaż wódz, stada bab nie przekrzyczę. No, nie śmiej się, nie wystarczy być wodzem by Braminkom okoniem stawać. W boju niejednego zaciąłem dla spokoju, a przecież nie godzi się swoich klaczy ciąć, bo nie po twojej myśli jadą...
|