NOWOŚCI AUTORZYKONTAKT

Dakoicki Mit o Porbar'ze

Chociaż kroniki ani Raashtram, ani Islayu nie sięgają dość daleko, żeby pamiętać początek Ludu Koni, czyli Ehwepelk (tej nazwy używa się wciąż na północy), w opowieściach Strażników Pieśni i sagach snjardów Ludu Duchów wciąż można usłyszeć o pierwszym człowieku, który okiełznał konia. Oto wersja, którą zza Gór Smoczych przyniósł Jonhar Paterstan, Snjard z klanu Thorsson.

Działo się to u zarania czasu, kiedy ludzie chodzili odziani w skóry, a tam, gdzie dziś wznoszą się gmachy Ashmapurii, była ledwie mała osada rybacka. Pośród plemion północy żył wówczas myśliwy, który miał stać się praojcem Ehwepolk, stąd Dakoici nazywają go Porbar, co znaczy Pradziad. Jak inni chodził odziany w skóry i futra, polował na zwierzynę za pomocą utwardzonego w ogniu oszczepu i procy zrobionej z rzemienia. Był dobrym myśliwym, przynosił do domu wiele mięsa i skór.

Pewnego razu, a było to zimą, Porbar wracał do domu po udanym polowaniu, niosąc na plecach dorodną sarnę. Droga wypadała mu przez strumień, a że i on i sarna byli ciężcy, zaś lód coraz cieńszy (miało się już ku wiośnie), wpadł do wody. Wykarabaskał się jakoś, ale nijak mu było iść tak do domu, bo miał przecież przed sobą prawie dzień drogi. Znalazł więc drzewo, które dałoby mu jaką-taką ochronę przed wiatrem, nazbierał chrustu i rozpalił ogień. Mokre ubranie powiesił na gałęzi, żeby przy ogniu wyschło.

Zobaczył to przebywający nieopodal jeden z pomniejszych duchów wiatru, najmłodsze dziecko Ojca Wiatru, które uwielbiało płatać ludziom różne figle; a to garnek przewrócić, a to szałas obalić, ogień zagasić, albo rozdmuchać, żeby spalił obejście. Nie mógł takiej okazji przepuścić; porwał ubranie i zaniósł je na następne drzewo, rosnące o strzelenie z łuku od tego, pod którym schronił się Porbar. Długo minęło, zanim myśliwy odzyskał odzienie, wiele miał wietrzyk z tego uciechy. Zmarzł Porbar bardzo, więc zanim znów zabrał się do suszenia, namyślił się porządnie. Tym razem położył ubranie na ziemi obok ognia i przycisnął kamieniem. Nie na wiele się to zdało, bo wiatr dmuchnął tylko w płomień, a ten urósł i zaczął lizać futro kurty myśliwego. Wyszarpnął Porbar ubranie spod kamieni i pomyślał: "Albo szybko znajdę sposób na tego natręta, albo ani się nie wyśpię, ani nie wysuszę odzienia. Muszę znaleźć nań jakiś sposób". Pomyślał trochę, a że był myśliwym i na wnykach też się znał, szybko sposób znalazł.

Powiesił spodnie z powrotem na gałęzi, ale tym razem związał nogawki rzemieniem od procy. Położył się tak, żeby mógł łatwo spodni sięgnąć, oczy przymknął i udał, że śpi. Nadleciał wiatr, chichocząc nad naiwnością człowieka, i wleciał do spodni, by je unieść i porwać. Ledwo wpadł do środka, Porbar zerwał się, chwycił spodnie za pas i zamknął. Duch szamotał się jak ryba w saku, wołając;

- Puść mnie, błagam! Mój ojciec, Pan Żywiołów, da ci za mnie sowity okup!
- Nie tak łatwo, bratku - rzecze Porbar. - tak łatwo się nie wywiniesz. Puściłbym cię, a nigdy nie zobaczyłbym ani ciebie, ani tym bardziej okupu. Będę cię trzymał, aż twój ojciec cię wykupi.

Zawiązał spodnie mocno pasem, żeby Wiatr nie uciekł, podłożył sobie pod głowę, kurtą się nakrył i śpi. We śnie zaś ukazał mu się ten, którego w Raashtram nazywają Tattvą. Nie ukazał się jako postać o czterech rękach, jak powiedzieliby wam Ashmapurscy bramini, ale po prostu jako głos, który to zdał się szeptać jak wiatr w liściach, to znów brzmiał hukiem fal, wesołym trzaskiem płomienia, albo zgrzytem i łomotem lawiny kamieni. Ojciec Żywiołów wyjaśnił Porbarowi, że schwytany to jego ukochane dziecko, które stworzył przed rokiem i kara naznaczona przez myśliwego jest zbyt sroga. Pradziad, rozeźlony przewinami Wietrzyka, odrzekł, że tym bardziej psocąc tak wiele w tym wieku duch musi zapłacić. Tattva widząc, że nic nie dają jego apele o litość, zapytał wprost;

- Jakiej więc ceny żądasz za uwolnienie mojego dziecka? Mogę ci dać zdolność rozumienia ptasiej mowy, bogactwo jantaru z dna morza, władzę nad ogniem. Wybieraj!
- Nie chcę żadnej z tych rzeczy, bo nie są mi do niczego potrzebne. Po cóż mi rozumieć mowę ptaków, skoro i tak znam ich ścieżki i zawsze wiem gdzie je znaleźć. Na cóż mi jantar? Abo to nie mogę sam pójść na brzeg morza i nazbierać ile mi potrzeba? Albo czy nie mam już władzy nad ogniem? Nie, ten psotnik jest wart wiele więcej.
- Czego więc chcesz? - zapytał Tattva.
- Chcę być jak ten wiatr, który mi zaszkodził. Chcę móc pędzić przez równiny i wzgórza szybko jak wiatr, lekko i bez zmęczenia. Chcę móc pojawiać się bezszelestnie i znikać bez śladu.
- Takiej mocy nie mogę ci dać - odparł ze smutkiem bóg.
- Nie odzyskasz więc swojego ukochanego dziecka - rzekł twardo Porbar.

Dopiero po roku ujrzał myśliwy ponownie Pana Żywiołów. Przez cały ten rok Tattva siedział zamknięty w swojej siedzibie na najdalszej północy. Zawezwał do siebie wszystkie wiatry, tak że przez cały rok na całym świecie nawet najmniejszy podmuch nie poruszył liściem czy gałęzią, ani nie nadął żagla, zamiast tego na północ od Gór Smoczych padał cały rok deszcz, tak płakał Pan Wiatru i Ziemi, Ognia i Wody po swoim ukochanym synu. Gdy zaś minął rok, rzekł Tattva;

- Stworzę dla tego śmiałka nowego ducha wiatru, by go niósł przez równiny i wzgórza szybko jak wiatr, lekko i bez zmęczenia, by mógł pojawiać się bezszelestnie i znikać bez śladu. Zabrał się czym prędzej do roboty. Wyrwał kosmyk włosów każdemu z czterech Wielkich Wiatrów i splótł z nich ciało, smukłe a krzepkie. Cały swój rzemieślniczy kunszt włożył w pracę, a jej efekt sprawił mu taką radość, że łzy, które ciekły mu z oczu przez cały rok i z których powstała krew zwierzęcia, zamieniły się w radosny śmiech nad narodzinami nowego, pięknego bytu. Śmiał się więc, wdychając w nozdrza stworzenia pierwszy dech. To dlatego mówi się teraz, że konie czują żal po każdym wietrze z którym się rozstają, jak również że w ich rżeniu kryje się radość samego Moyocoyanni. Swoje nowe dzieło nazwał Ojciec Żywiołów Ehwe, co w języku Północy znaczyło kiedyś "okup" a dziś znaczy po prostu "koń". Kiedy Dakoici odkryli inne konie, tego pierwszego zaczęli nazywać Pirmehwe - Pierwszy Koń, lub Ventehwe - Koń Wiatru.

Kiedy Tattva oddawał Ehwe Porbarowi, zastrzegł;

- Oto jest Ventehwe (czasem także tłumaczone jako "Okup za Wiatr"). Będzie cię niósł przez równiny i wzgórza szybko jak wiatr, lekko i bez zmęczenia. Będziesz mógł pojawiać się bezszelestnie i znikać bez śladu. Będziesz więc jak wiatr, który ci zaszkodził. Ale pamiętaj, że wiatr nie ustaje w biegu, ani się nie osiedla w jednym miejscu. Być wiatrem, jak pragniesz, to nigdy nie przystanąć. Nie wolno ci, ani twemu pokoleniu, osiedlić się w domu z drewna ani kamienia, chyba że sam ci takie miejsce wskażę. Będziesz wiódł życie w namiocie, pasąc potomstwo Ventehwe i jego braci, których znajdziesz w swoich wędrówkach.Tak samo ciało twoje i twoich dzieci należeć będą po śmierci do wiatru, a nie ziemi ani wody, jak to jest u innych ludów. Tak jak ja hartowałem ciało Ehwe w ogniu, tak wy będziecie palili zmarłych ludzi i konie na stosach, a ich prochy niech zabierze wiatr. Niczego nie wolno wam pozostawić poza kosmykiem włosów u człowieka a grzywy u konia.

Niektórzy też twierdzą, że to sam Ehwe był duchem schwytanym przez Porbara, a Tattva za karę przyoblekł go w ciało i oddał na wieczną służbę człowiekowi. Darem zaś dla myśliwego było wędzidło, którym można było okiełznać konia.

Nikt nie śmiał jeszcze odpowiedzieć na pytanie, czy Ehwe jest darem Tattvy, czy też jego przekleństwem. Niemniej dopóki Ebishu nie zbudowali na wyraźny znak Moyocoyanni pierwszego z Miast Kamieni, żaden z klanów nie zrezygnował ze swego trybu życia.

Opowiedziane przez Jonhara Snjarda, zapamiętane i spisane przez Saherę, córkę Saredy, Strażniczkę Pieśni klanu Vanadi w Wielkim Stepie za Górami Smoczymi, wiosną roku 1993 po Vanaadzie.

C 2001-2009 Flamberg
Layout by designboot, skin by Mariusz 'Monku' Zawadzki, Beautiful Silk icons created by Mark James, Code by Drupal